Rozdział 2.


- Susan, wyjdź z Camilą na spacer – usłyszałam z kuchni głos mamy.
Wzięłam Cami, założyłam jej smycz i wyszłam na zewnątrz. Szłam w stronę ulicy Daniela. Cami wąchała wszystko i wszystkich po drodze. Każdy do kogo podeszła uśmiechał się do mnie miło. Po pięciu minutach byłam już prawie obok domu Daniela. Patrzyłam na drzewa i ptaki siedzące na ich gałązkach.
- Bardzo uroczy piesek – usłyszałam, co wyrwało mnie z myślenia. Odwróciłam się, a przede mną stał sąsiad Daniela.
- Tak, wiem – uśmiechnęłam się.
- Są bardzo ładne. Mój wnuk też ma tą rasę. – mężczyzna w podeszłym wieku patrzył z delikatnym uśmiechem na moją sunię.
- Od dzieciństwa podobała mi się ta rasa. Husky mają w sobie to, że często mają różne kolory oczu – głaszczę ją po jej pięknej białej sierści.
- Pani ma jakiegoś wyjątkowego. Pierwszy raz widzę całego, bez żadnej kropki innego koloru białego psa z tej rasy. Naprawdę ładny – mężczyzna schyla się i delikatnie dotyka Camilę po głowie.
- I jest też spokojna. Nie potrzbuje aż tak dużo ruchu jak psy tej rasy, co mnie cieszy bo nie lubię jej długo trzymać na dworze.
- No tak, biała sierść to i ciągłe mycie jeśli siedzi w domu cały czas.
Cami podeszła bliżej do mężczyzny i polizała go w rękę. Gdy on kucał, dosięgała mu prawie do głowy. Jest wielka, ale to plus gdy na przykład chcę się poprzytulać do kogoś.
- No nic, będę leciał i nie zabieram już Pani więcej czasu. Miłego dnia – mężczyzna kiwnął delikatnie głową i oddalił się.
- Nawzajem – krzyknęłam za jego plecami i kontynuowałam spacer.
Szłam spokojną ulicą, między domami. Przypatrywałam się każdemu podwórku, obserwowałam ludzi krzątających się po posesji. Czasem wołałam Camilę i uśmiechałam się do niej. Gdy byłam już obok bramy Daniela, zobaczyłam go podczas sprzątania kostki przed domem. Uśmiech od razu wkradł mi się na twarz i chwilę go obserwowałam.
- Ho ho, kogo my tu mamy. Daniel zamiast siedzieć nosem w kamerze, sprząta podwórko – wychodzę zza drzewka i podchodzę do bramy.
Chłopak delikatnie się wzdryga, co zauważyłam i z uśmiechem podchodzi do bramy.
- A kogo my tu mamy… Susan zamiast leżeć z jedzeniem, spaceruje z psem – wychodzi przed bramę i wita się z Cami.
- Za dwa tygodnie kompletnie nie będę wiedzieć co mam ze sobą zrobić.
- Oceny za dwa dni będą wystawione i możemy wtedy iść odreagować na jakiś długi spacer.
- Nie wiem czy dam radę odreagować nie wiedząc jak poszły mi egzaminy. – robię skrzywioną minę i delikatni humor mi odchodzi.
- Postaram się, żebyś o tym wszystkim zapomniała – kładzie dłoń na moim ramieniu.
Usłyszałam dźwięk otwierających się drzwi. W progu ujrzałam niską kobietę z cudnym uśmiechem.
- Dzień dobry Pani Nixon – powiedziałam donośnym głosem z szerokim uśmiechem.
- Ooo, dzień dobry Susan. Jak się masz? – kobieta opiera się o ścianę.
- Stresik przed wynikami.
- Na pewno dobrze Ci poszło. Daniel też ciągle mówi, że dobrze Ci poszło.
Zerknęłam na Daniela, który patrzył się na mnie i uśmiechał. Cieszę się, że zawsze jest moim wsparciem i wierzy we mnie jak nikt inny. Jest niesamowity.
- Mam nadzieję i dziękuję – kiwnęłam delikatnie głową w stronę kobiety.
- Widzimy się na rozdaniu dyplomów – mama Daniela weszła do domu.
- Ja też już lecę, mama zaraz poda kolację – spojrzałam na przestrzeń przed nami.
- Leć, do jutra – dostałam buziaka w policzek, co uwielbiam. – Nie stresuj się! – usłyszałam zza pleców.
Pomachałam mu na pożegnanie i poszłam w stronę domu. Gdy wróciłam, poszłam do kuchni i rozmawiałam o głupotach z mamą. Pomogłam jej przy kolacji i zajadałyśmy się pysznymi plackami z bitą śmietaną i owocami.
- Jak wychodziłam dzisiaj ze śmieciami, to nasz sąsiad zaproponował mi wyjście do teatru – mama odezwała się podczas gdy próbowała nadziać winogrono na widelec.
- Mamo, to świetnie. Powinnaś znaleźć wreszcie kogoś odpowiedniego dla siebie – odpowiedziałam szybko.
Mój tata zmarł gdy miałam dziewięć lat. Rak trzustki, bardzo złośliwy. Zmarł pięć miesięcy po dowiedzeniu się. Nie leczył się. Powiedział wszystkim, że woli być świadomy i przytomny przed śmiercią. Polało się dużo łez w związku z jego decyzją, którą musieliśmy uszanować. Tata robił wszystko czego odmawiał sobie przez całe życie. Dostał w prezencie od babci skok ze spadochronem. Bardzo się ucieszył i zrobił to mimo, że miał lęk wysokości. Zabierał nas wszędzie. Jeździliśmy na różne festyny, odwiedzaliśmy wiele pięknych miejsc i robiliśmy masę zdjęć. Tata prosił, aby coś po nim zostało. Dwa miesiące przed śmiercią kupił mi psa, Lucy. Po pięciu latach urodziła między innymi Camilę, a sama zmarła dwa lata później. Płakałam prawie każdej nocy, ale nie pokazywałam tacie, że bardzo cierpię. Nie chciałam aby był smutny, bo on też wszystkich prosił aby cieszyli się z nim. Byłam dzieckiem, więc na początku nie rozumiałam co to rak i nie zdawałam sobie sprawy z powagi sytuacji. Do teraz pamiętam płacz mamy. Bardzo go kochała, zresztą jak ja. Została z nim do końca, pomagała mu jak mogła. Tata wiele razy prosił ją, aby ułożyła sobie życie, gdy będzie na to gotowa. Prosił mnie abym się nią opiekowała oraz namawiała do ponownego szczęścia, a on będzie się nią opiekować nadal z góry. Miesiąc przed śmiercią jego stan w ułamku sekundy się pogorszył. Nie mógł się ruszać, skóra robiła się żółta. Wszyscy znajomi i rodzina każdego dnia przychodzili, aby ostatni raz zobaczyć go przytomnego i przede wszystkim żywego. Czasem leżał i patrzył przed siebie, lecz widać było, że myślami jest gdzieś daleko. Wszyscy wiedzieli, że myśli o tym co go spotkało. Czasami poleciało mu parę łez, ale próbował być silny. Mama opowiadała mi, że zdarzało się, że leżeli razem i nagle zaczął na głos zastanawiać się jak jest  w niebie. Powtarzał, że przynajmniej nie będzie sam, dołączy do swoich dziadków i innych. Mama prosiła go aby o tym nie myślał. Poprosiła go aby odnowili swoje małżeństwo, na co tata się zgodził. Ostatkami sił siedział w kościele. Zebrała się tylko grupka najbliższej rodziny. Ustaliliśmy, że nikt nie będzie płakał aby nie było mu źle, lecz emocje u niektórych wygrały. Podczas przysięgi zebrał w sobie resztki sił i powiedział wszystko jak najlepiej. Mama próbowała być twarda leczy przy słowach „i nie opuszczę Cię aż do śmierci” popłakała się. Przez ten miesiąc schudł ponad piętnaście kilogramów. Gdy się na niego patrzyło, łzy same wypływały. Gdy trafił do szpitala, rzadko mnie tam zabierano. Jednak dzień przed jego śmiercią zrobiłam dużą awanturę, że chcę tam jechać. Siedziałam przy nim i szlochałam. Mama była wykończona, nie wracała do domu na noc, tylko spała na łóżku obok za kotarą. Dzień później, wieczorem tata zmarł. Czytałam kiedyś, że śmierć przy takiej chorobie jest długa i bolesna. Człowiek męczy się, a na koniec wnętrzności zostają zwrócone i jest to okropny widok i na pewno traumatyczny dla bliskich. Jednak on zmarł jakby we śnie. Pielęgniarki wiedziały co się za chwilę stanie więc wyprosiły wszystkich. Podobno podczas umierania, obecność bliskich spowalnia śmierć, ponieważ nie chcą oni umrzeć w ich obecności. Wszyscy pożegnali się z tatą i czekali na zewnątrz. Z opisu pielęgniarki, tata poprawił sobie koszulkę i podrapał się parę razy. Następnie zrobił kilka wdechów i odszedł. Gdy informowano rodzinę za ścianą o śmierci, połowa osób wybuchła płaczem, a druga połowa nie mogła nawet wydusić z siebie kropli łzy. Bardzo go kocham i wiem, że czeka na mnie tam na górze.
- No nie wiem – kobieta poprawia swoje kręcone włosy i bierze kawałek winogrona do ust.
- Osobiście uważam, że powinnaś iść i będę Cię do tego namawiać – wzruszyłam ramionami i dokończyłyśmy posiłek w ciszy.
Wróciły wspomnienia mamy i widziałam łzę, która spadła na blat. Udałam, że tego nie widzę aby nie spowodować większego bólu u mamy. Nadal go kocha i bardzo za nim tęskni. Jest na cmentarzu tak często jak się da.
Kolejne dni leciały szybko. Moje oceny końcowe mnie zadowoliły, mama także była ze mnie dumna. Za tydzień dowiem się czy zdałam oraz czy projekt został zaliczony. W weekend spotkałam się z Danielem. Wzięłam ze sobą Cami i poszliśmy na długi spacer. Spacerowaliśmy po parku w kółko. To duży obszar, idealny także dla psów, więc moja mogła się wybiegać. Bez problemu mogłam spuścić ją ze smyczy bo wiem, że nikogo nie ugryzie, jedynie zaczepi, aby ktoś ją pogłaskał. To wyjątkowy pies. Camila biegała po parku razem z innymi psami, a my spacerowaliśmy i rozmawialiśmy już o wakacjach.
- Wiesz, teraz to i ja zaczynam się stresować rozdaniem dyplomów – chłopak szedł z rękami w kieszeniach i patrzył przed siebie.
- O, a skąd ta zmiana u ciebie? – uniosłam jedną brew i uśmiechnęłam się, patrząc na niego.
- Wiesz, to będzie prosta sprawa. Siedzisz i czekasz aż Cię wyczytają. Jeśli Cię nie wyczytają to albo schrzaniłaś egzaminy albo projekt – tłumaczy mi.
- Dzięki za pocieszenie – wywróciłam oczami.
- Pamiętaj, że jeśli coś jest nie tak z projektem to oboje nie zdamy – zaczyna się śmiać, a ja mam ochotę umrzeć. – Ej gdzie jest Camila? – zaczęliśmy się rozglądać.
Nigdzie jej nie było. Wołaliśmy i też nie przybiegła. Nagle Daniel krzyknął, że biegnie w stronę drogi. Zamarłam ale od razu zaczęliśmy biec za nią. Camila jest delikatna i czasem nie zwraca uwagi na samochody więc może łatwo wejść pod koła.
- Daniel zawołaj ją, proszę! – krzyczałam biegnąc jednocześnie.
Gdy byliśmy już blisko, widzieliśmy, że Camila biegła z innymi psami więc tym bardziej nie reagowała na wołanie. Nagle stało się to czego się obawiałam. Wyszła na drogę a z boku jechał dość szybko czarny, duży samochód.
- Camila! – krzyknęłam i usłyszałam tylko pisk opon oraz dźwięk zderzenia.
Wszystko zrobiło się czarne.

Komentarze

Prześlij komentarz